Party Like a Lord - subiektywnym okiem

Kiedy dostałam maila z wiadomością o wygraniu podwójnej wejściówki, cieszyliśmy się z mężem bardzo. Po przyjeździe na imprezę entuzjazm szybko opadł. I już nie wrócił.

       Ale po kolei. Pod kątem organizacyjnym ciężko mnie zaskoczyć, łatwo wychwytuję błędy i słabą realizację koncepcji. O ile pomysł z oświetleniem świeczkami drogi do Instytutu Napięć był trafiony w dychę (było to romantyczne), wszystko co działo się na jego terenie było po prostu słabe i naciągane.
      Nie czepiam się food trucków, których było sporo, a ich oferta różnorodna (z tego miejsca pozdrawiam Kill Grill). Pomysł z dwoma talonami na piwo/na głowę był miłym gestem, jednak wykonanie? Masakra. Przy temperaturze, może 12 st. połowę plastikowego kubeczka do piwa zajmował lód... Efekt był taki, że porcje były bardzo zimne, a napój rozwodniony (niektórzy twierdzą, że z tego, co zostało w butelce, dolewano już następnej osobie) - słabo, proszę państwa, słabo. Była możliwość kupna drinków na bazie Somersby lub bez alkoholu, ale płatność tylko gotówką (kolejny minus). Nie jestem polakiem-cebulakiem, ale kiedy skończyły się pieniądze, a jeszcze chcieliśmy kupić po jednym piwie, brak możliwości zapłaty kartą mnie wkurzył.
       Atmosfera "imprezy życia" pękła jak bańka w chwili, gdy bez żadnego rozgrzania i zapowiedzi (nawet głupiego odliczania wstecznego), na scenie pojawił się jakiś wokalista - w wyniku czego część ludzi się z niego śmiała, większość olała. Prowadzący... Zabijał tę imprezę. Był sztywny, czytał z kartki, a słowo hasztag z jego ust było jak rzut kołkiem w nielubianego sąsiada - bolało. Nie rozkręcił się z biegiem imprezy, cud, że poprawnie zapowiedział gwiazdę wieczoru. A miejsce było ponadprzeciętne, tak wiele dało się tam zdziałać z ludźmi...
      Na set Natalii Nykiel wpadliśmy pod jego koniec, ale podobało mi się. Przyjrzę się jej bliżej. Powinna jednak grać bezpośrednio przed Ellą, nie jakąś godzinę wstecz (kolejna kartka dla organizatora).
      Ella Eyre była rewelacyjna (brytyjska szkoła estradowa <3), koncepcja rozstawienia zespołu w kwadratach konstrukcji nad sceną podnosiła zachwyt.
      DJ-e - świetni, grający czujnie - aktualne hity + starsze ulubione parkietowe kawałki, ale - ludzie mieli to gdzieś. Część z nich (oczekując zapewne wysmakowanej oprawy) ubrała się jak do filharmonii/na elegancką imprezę/dobre wesele, a stali potem jakby wszyscy kije połknęli. Tańczyliśmy najpierw sami (plus parę grupek), potem ze znajomymi męża i większość rodaków patrzyła na nas, jakby nas ktoś czymś przynajmniej naszprycował.
Przepraszam, ale czy na trzeźwo, przy dobrej muzyce, w miejscu, gdzie parkiet jest wieeeelki, nie da się bawić? Pfff, straszny widok, czułam się jak czubek. Efekt? Większość ludu uciekła z Instytutu po koncercie. Z jednej strony, sami są sobie winni, bo mogli się ruszyć, ale z drugiej, wierzę, że w centrum miasta tej nocy były lepsze propozycje.
     Atrakcje dodatkowe? Fotobudka z natychmiastowymi zdjęciami, ukazującymi się na fb producenta piwa i 'ścianka' do robienia tzw. frendsie, za którą, w nagrodę, dostawało się... papierowe maski. Na bogato. Nie ma co.

    Żal mi przeokropnie ludzi, którzy do Wawy przyjechali z odległych miast, obawiam się, że część z nich mogła wyjść z podobnymi odczuciami. Organizatorzy mają wiele wniosków do wyciągnięcia (o ile posłuchają głosu internautów). Jednocześnie zazdroszczę tym, którzy dostali się na październikową imprezę piwnej konkurencji. Tam z pewnością będzie się działo.
Zdjęcia wrzucę, kiedy uzyskam na nie zgodę, moje telefon zjadł :(
Edit: znalazłam :)








Popularne posty