Jestę słoikię

           Pogodziłam się już z tym, że tak się nazywa napływowców. Że do domu, pracy i rozrywki czeka mnie zawsze średnio godzinny dojazd. Mieszkańcy są na ogół przyjaźnie nastawieni (jeśli tylko nie siedzą za kółkiem), pomagają topograficznie i odpowiadają na głupiutkie techniczne pytania, typowe dla kogoś nowego w mieście.
           Kręci mnie poznawanie Warszawy. Czasem zabłądzę w nieznanej dzielnicy (Narzeczony stwierdziłby, że zdarza mi się to niemal bez przerwy), dopiero gdy nie znajduję punktu odniesienia, korzystam z mapy. Kręcą mnie nowe zapachy, sklepy, knajpki, kolorowi ludzie. Odnoszę jednak wrażenie, że to miasto nigdy nie śpi - po zachodzie słońca trwa w półśnie, odpoczywając tylko w czasie wielkich państwowych/religijnych świąt (wtedy też słoiki przypominają sobie skąd są, a warszawiacy mogą odetchnąć przez chwilę pełną piersią, odpoczywając od wiecznego, wszechobecnego tłumu). Czy mi to przeszkadza? Nie, przecież do wszystkiego da się przywyknąć. Myślę jednak, że gdybym wyszła sama z domu wieczorem i pojechała do centrum miasta, czułabym się bardzo samotna. Bez znajomych i K. to miasto jest dla mnie za wielkie.
             Cieszę się bardzo z bogatej oferty kulturalnej Warszawy - rewelacyjnie przygotowane i przeprowadzone wydarzenia, często dzieją się za darmo lub za symboliczną opłatą, łechcą moje kulturalne ego. I tu upatruję największy plus stolicy (na drugim miejscu rozbudowana sieć transportu miejskiego). Pracy jeszcze w zasadzie nie dostałam, więc pod tym kątem nie mam powodu chwalić Warszawy.

            Mam tylko nadzieję, że mi nie odbije, że nie dopadnie mnie syndrom warszafki. Oby nie.

Popularne posty