Podróż w głąb duszy - Ania Rusowicz, Genesis

Pierwszym albumem, "Mój Big-Bitbłyskawicznie zaskarbiła moją sympatię (nie tylko z powodu imienia). Druga płyta jest zawsze uważana za najbardziej ryzykowną, dlatego i ja miałam z nią początkowo kłopot.


  To nie będzie typowa recenzja. Raczej osobista refleksja, dotycząca tejże Artystki. 
Nie bez powodu używam dużej litery, dla mnie Ania jest Wielka. 
Moje pierwsze zetknięcie z nią, w odsłonie retro, (w jakiej innej, napiszę niżej), nastąpiło poprzez festiwal opolski w 2011 roku, kiedy wykonywała część repertuaru swojej mamy, Ady (wielkiej postaci polskiej estrady). Nie będę w tym miejscu przytaczać całego życiorysu Ani, choć jest on istotnym punktem wyjścia do obecnej działalności Rusowicz. Wszystko bez trudu znajdziecie w sieci.
  21. października 2011 ukazał się debiutancki album, "Mój Big-Bit". Płyta pokryła się złotem, choć nie była zbyt mocno obecna w eterze i telewizji.
  8. października 2013 roku światło dzienne ujrzało drugie wydawnictwo, "Genesis". 
Artystka w wywiadach poprzedzających premierę, mówiła o roli psychodelicznego brzmienia przełomu lat 60. i 70. XX w., który daje sie we znaki w paru utworach, lecz nie jest dominujący. Wspominała również o, dla mnie osobiście zaskakującej, producenckiej obecności Emade, brata Fisza, którego zorientowani słuchacze z automatu kojarzą wyłącznie z rapem lub produkcjami oscylującymi wokół tego gatunku.

  Choć na "Genesis" nie ma kompozycji bliźniaczych do pierwszego krążka, po dłuższym zaznajomieniu się z materiałem, można go polubić, ba, pochłonąć utwory doskonałe pod każdym kątem. Nie mają żadnych wad - wokale, sposób produkcji, instrumentacja i harmonia w piosenkach jest absolutnie na najwyższym poziomie. Klimat, jaki buduje ta płyta, na myśl przywodzi prywatki i zatłoczone małe niszowe kluby muzyczne tamtej epoki. 

  Przyznaję, że pierwszy singiel "To co było" był przeze mnie odsłuchiwany niemal w kółko, byłam nim oczarowana. I może dlatego próbowałam patrzeć na całą płytę przez pryzmat tej piosenki (co było błędem). Podczas pierwszych dwóch czy trzech odsłuchów nie byłam w stanie zapamiętać, które nowe piosenki przypadły mi do gustu.
Wtedy też nastąpiła u mnie faza odrzucenia/odpoczynku od wydawnictwa.
Kiedy wróciłam do "Genesis", coś pękło - słuchałam albumu w kółko przez bite dwa tygodnie. Praktycznie wszystkie piosenki zaczęłam utożsamiać z aktualnym nastrojem. Dziś rzadko pomijam którąkolwiek z dwunastu tracków.
  
  Szczególnej uwadze polecam: 
- leniwy klimat i prowadzenie wokalu w zwrotkach "Tanga śmierci" (później dynamika i zaangażowanie głosu rośnie),
- ciekawe efekty akustyczne nałożone w toku realizacji "Polnych kwiatów" i doskonałe słowa - w interesujący sposób prezentują historię - tu widzę dość mocne podobieństwo do brzmienia big-bitowego,
- "Tam, gdzie pada deszcz" na myśl przywodzący polską rock-operę "NAGA" -> gorąco polecam,
- wg mnie najbardziej psychodeliczne na płycie "Anioły",
- "Mantra" - z ciekawym tekstem, w dość współczesnej oprawie, z pięknym refrenem, zaskakującym w brzmieniu,
- "To nie ja" dla mnie jest najgłośniejszą i najbardziej szaloną kompozycją z płyty, z klasyczną dla twórczości jej mamy, Ady, puentą słowną ;)
- "Nie uciekaj" - piękna ballada, mądra jak mnisie rady, mnie służy bardzo często, szczególnie, gdy chcę brać nogi za pas,
- oraz wspomniane wcześniej, "To, co było".

Ciekawostką z muzycznej działalności Ani, o której nie wszyscy wiedzą, jest jej związek z r`n`b, poprzez śpiewanie w duecie Dezire (przez entuzjastów tego gatunku w kraju dość dobrze pamiętany). Przykład wklejam poniżej.



Na dniach Ania rusza ponownie w trasę, promować drugą płytę. Mam nadzieję móc mieć okazję uczestniczyć w którymś z koncertów. Bacznie obserwujcie jej poczynania, śmiało można ją okrzyknąć jedną z najlepszych wokalistek w kraju.


Popularne posty